Spider-Man – Todd McFarlane

Sierpień 29, 2019

Wspomnień czar

Maciej Rybicki

Przeszłość lubi powracać, wystarczy popatrzeć na wszelkiego rodzaju mody. Sięganie do tego, co było, jest rzecz jasna nie tylko konsekwencją szukania inspiracji, ale także efektem dojrzewania odbiorcy. Nie dziwi więc, że gdy dawni nastolatkowie dorosną, niekiedy będą chcieli przypomnieć sobie fascynacje z czasów młodości. Rynek komiksowy nie jest tu w żaden sposób szczególny. Ba! Na polskim poletku sentyment za tym, co już czytelnikom znane, jest dodatkowo napędzany faktem, że spore grono odbiorców komiksów stanową ludzie, którzy byli pierwszym pokoleniem mającym regularny kontakt z amerykańską odmianą sztuki obrazkowej. Pytanie tylko, czy reedycje pozycji znanych z lat 90. są adresowane wyłącznie do przedstawicieli tzw. „Pokolenia TM-Semic”.

Legendarny status tego wydawnictwa wiąże się nierozerwalnie z dziełami takich autorów jak Norm Breyfogle, Jim Lee czy Todd McFarlane. Przygody Spider-Mana autorstwa tego ostatniego cieszyły się ogromną popularnością także nad Wisłą. Nieco na fali tego retrotrendu Egmont postanowił zaprezentować czytelnikom polską wersję omnibusowego wydania autorskiej serii Todda MacFarlane’a, zatytułowanej po prostu „Spider-Man”. Fani starych wydań zeszytowych powinni być więc zachwyceni – w ich ręce trafia bowiem odświeżona edycja historii, które można było znaleźć w polskich kioskach przed ćwierćwieczem. Interesująca jest zresztą sama historia tego tytułu. Powstał on bowiem w momencie szczytu popularności zarówno autora, jak i postaci, ale także w wyjątkowo dobrym momencie dla rynku komiksowego jako takiego. Początek lat 90. to bowiem moment, gdy obrazkowe historie sprzedawały się w niebotycznych nakładach, co częściowo było nakręcane przez spekulacyjną bańkę nadmuchaną wokół wydawania niezliczonych wariantów okładek. Zresztą pierwszy numer „Spider-Mana” zawarty w omawianym tomie do tej pory znajduje się w pierwszej piątce zeszytów o najwyższej sprzedaży (około 2,5 miliona kopii). Cała seria Mc-Farlane’a była czymś w rodzaju wyciągnięcia przez Marvela ręki do jednego ze swoich topowych twórców… także po to, by chciał nadal w Domu Pomysłów pozostać. Jak pokazała historia, stało się jednak inaczej – McFarlane wraz z innymi „gwiazdami” Marvela – Jimem Lee, Robem Liefeldem i Erikiem Erikiem Larsenem – postanowili pójść na swoje, zakładając Image Comics. Ale to już zupełnie inna historia.

Na omawiany tom składa się kilka odrębnych opowieści – w tym choćby znane z „semików” „Torment” (tu „Udręka”) i „Zmysły” (tu „Spojrzenia”) – w sumie 15 zeszytów „Spider-Mana” autorstwa McFarlane’a i jeden „X-Force”, zawierający dokończenie historii rozpoczętej na łamach ostatniego numery „pajęczego” tytułu. McFarlane postawił na proste scenariusze, w których kładzie nacisk na stronę psychologiczną bohaterów. Jednocześnie pokazał znacznie mroczniejsze, nieco dojrzalsze oblicze Petera Parkera. Jest to więc nieco inny obraz Pajęczaka niż ten znany z klasycznych tytułów. Była to zresztą swoista próba ognia dla McFarlane’a jako scenarzysty. Z perspektywy lat można stwierdzić, że umiarkowanie udana. Wspominany wcześniej mrok udało mu się potem nieco rozwinąć na łamach „Spawna” i jest to niewątpliwy plus omawianego tomu. Niestety widać wyraźnie, że mamy do czynienia z relatywnie mało doświadczonym autorem, szczególnie gdy przyjrzymy się samemu tekstowi. Trudno oprzeć się wrażeniu, że wkradło się tu nieco grafomanii, widocznej szczególnie w dłuższych monologach (których tu nie brakuje). Na szczęście można przymknąć na to oko, a całość czyta się w zasadzie całkiem nieźle. Nietrudno też zauważyć, że autorowi zależało na przyciągnięciu uwagi czytelników – w rezultacie sporo na łamach „Spider-Mana” tzw. fan serwisu. Widać to zarówno w doborze przeciwników (Lizard, Hobgoblin, Morbius, Juggernaut) czy gości (niezwykle popularni wówczas Wolverine czy X-Force), jak i choćby w kreacji postaci Mary Jane, przywróceniu na chwile czarnego kostiumu pająka itp. Jak już wspomniałem: jest mrocznie i kameralnie i konwencja ta broni się całkiem nieźle… Wyjątek stanowi tu jedynie gościnna historia z mutantami – tu jest klasycznie dla epoki, czyli bombastycznie. Wypada to skwitować jedynie stwierdzeniem „takie czasy”.

Tym, co stanowi największą siłę „Spider-Mana”, jest rzecz jasna oprawa graficzna. Kreska McFarlane’a po dziś dzień zachwyca – kadrowanie, detale, niesłychane pozy – wszystko to, szczególnie w klasycznym „płaskim” kolorowaniu, robi ogromne wrażenie, także współcześnie, w dobie powszechnego użycia technik wspomaganych cyfrowo. Tu czuć jednak, że mamy do czynienia z komiksem stworzonym za pomocą ołówka, tuszu i mnóstwa skrupulatnej pracy. To po prostu Todd McFarlane – jeden z najważniejszych artystów w historii amerykańskiego komiksu – u szczytu swojej formy. Lektura jest więc po prostu prawdziwą ucztą dla oczu każdego miłośnika komiksów.

Czy omnibus „Spider-Mana” jest więc czymś więcej niż tylko sentymentalną podróżą w przeszłość? Uważam, że zdecydowanie tak. Przede wszystkim to niesamowicie narysowany komiks. Warstwa graficzna broni się w każdym calu i mimo upływu lat nadal robi kapitalne wrażenie. To także kawał historii amerykańskiego komiksu, świadectwo epoki, w której komiksy z niszowej rozrywki dla dzieciaków stały się ogromnym przemysłem. A że przedstawiciele „Pokolenia TM-Semic” będą mieć z lektury podwójną radochę? Tym lepiej dla nich!

Tytuł: Spider-Man
Scenariusz: Todd McFarlane
Rysunki: Todd McFarlane
Tłumaczenie: Bartosz Czartoryski
Tytuł oryginału: Spider-Man by Todd McFarlane Omnibus (Spider-Man #-1-14, 16; X-Force #4)
Seria: Klasyka Marvela
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: Marvel Comics
Data wydania: maj 2019
Liczba stron: 416
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Wydanie: I
ISBN: 978-83-281-4181-0