Non stop – Brian Aldiss

Sierpień 13, 2019

Koniec świata jakiego nie znamy

Hubert Przybylski

Czy książka science fiction napisana dziesiątki lat temu może być ramotą? Oczywiście. Ale to nie znaczy, że musi. Wystarczy, że autor sięgnie po coś więcej niż samą tylko akcję i nowinki technologiczne. Jeśli skupi się na człowieku przynajmniej równie mocno jak na technikaliach i pif-pafach, to książka się nie zestarzeje. Wszak ludzkość nie zmieniła się* od tysiącleci i w najbliższych stuleciach raczej też się nie zmieni**. Dlatego książki takich autorów jak Stanisław Lem nigdy się nie zdezaktualizują. Czy „Non stop” Briana Aldissa też jest taką powieścią? O tym za momencik.

Gdyż albowiem najsampierw tradycji musi stać się zadość. A żeby tradycji stało się zadość, należy wspomnieć o fabule powieści. Opowiada ona o przygodach Roya Complaina, myśliwego z zamieszkującego Kwatery Plemienia Greena, który pewnego dnia wyrusza wraz z kilkoma innymi mężczyznami na wyprawę w poszukiwaniu tajemniczej Sterowni. Czy wędrówka przez porośnięte gęstwiną poników pokłady zwane Martwymi Drogami, rozciągające się wzdłuż Głównego Korytarza od Rufy po Dziób, w ciągłym zagrożeniu ze strony tajemniczych Gigantów, Obcych, mutantów, innych ludzi (w tym owianych złą sławą Ludzi z Dziobu) przyniesie odpowiedź na pytania, które sobie zadają? Czy ekspedycja ma szansę przetrwania, skoro jej członkowie są skłóceni, a w podróż ruszyli kierowani różnymi pobudkami?

Jak już się pewnie domyśliliście****, Roy i reszta zamieszkują wielopokoleniowy statek kosmiczny, arkę, znaczy, takie cuś, co napycha się ludźmi, roślinami, zwierzętami, jedzeniem, wodą*****, przeróżnymi maszynami i innymi ustrojstwami, aby potem wysłać w trwający wiele lat lot ku jakiejś odległej planecie, bo ktoś uznał, że prawdopodobnie da się ją skolonizować******. Pomysł nie jest nowy. Wyewoluował z idei kolonizacyjnych statków-sypialni (pierwsze koncepcje powstały jeszcze przed I wojną światową) długo przed wystrzeleniem w czarny kosmos******* pierwszego sowieckiego satelity. Prawdopodobnie pierwszą poważną pracę na ten temat (esej „The World, The Flesh, & The Devil”) napisał w 1929 roku niejaki J. D. Bernal. A potem poszło jak z płatka – w pierwszej połowie lat pięćdziesiątych wspomniany we wstępie Lem napisał „Obłok Magellana”, omawianą dziś „Non stop” Aldissa wydano w 1958 roku, a pięć lat później swoją cegiełkę dołożył Robert A. Heinlein, pisząc „Orphans of the Sky” (polskiego wydania do dziś dnia brak). Oczywiście to nie wszystkie przykłady science fiction omawiającej ten temat. Zainteresowanych zapraszam do wujka Gógla, a my tymczasem wróćmy do tematu.

Czy „Non stop” jest ramotą? Nie. Zdecydowanie nie. Aldiss nie popełnił podstawowego błędu, który często towarzyszy innym pisarzom SF. Nie wdawał się w technologiczne szczegóły. Nie ma tu nabijających znaki czy słowa opisów technikaliów********. U niego lampa to lampa, drzwi to drzwi, metal to metal, a konsola sterująca to konsola sterująca. Dzięki temu technika jest uniwersalna, czytelna i zrozumiała dla nas i przyszłych pokoleń i długo jeszcze nie będzie można się do czegoś przyczepić. Poza tym takie podejście ułatwiło wejście w skórę głównego bohatera, wychowanego w społeczności, która dawno temu straciła wiedzę na temat techniki i zdegradowała się do epoki lasera łupanego.

Zamiast na stronie technicznej Aldiss skupił się, po równo, na akcji i ludzkiej psychice. Ta pierwsza posuwa się w umiarkowanie szybkim tempie, przyspieszając w miarę zbliżania się do finału, w którym osiąga prędkość bliską prędkości światła, tym samym w stu procentach pokrywa normalne zdrowe zapotrzebowanie normalnego zdrowego człowieka na normalną zdrową rozrywkę. W tej drugiej kwestii autor sięga do psychologii, socjologii, teologii, a nawet antropologii. Dzięki temu otrzymujemy niezwykle ciekawy i wiarygodny obraz mniej lub bardziej zdegenerowanych społeczności i przemian, jakie w nich zachodziły i zachodzą nadal. Towarzyszy temu metamorfoza bohatera, człowieka żyjącego przyziemnie w swoim własnym świecie, z dnia na dzień, który w trakcie wyprawy zaczyna coraz więcej dostrzegać, zadaje coraz więcej pytań i usiłuje znaleźć na nie odpowiedzi. Zmienia się z indywiduum wychowanego w kulcie niemyślenia i agresji w myślącą istotę ludzką. Wydaje mi się, że Aldiss chciał przez to powiedzieć czytelnikom, żeby nie przestawali pytać i poznawać otaczającego ich świata. Żeby nie zamykali się w swoich ciasnych horyzontach, przestali iść po najmniejszej linii oporu szukając jedynie wygód i spokoju. Czasami trzeba się ździebko poświęcić, ale nagroda – nasz rozwój wewnętrzny – jest tego warta. Bo odrzucając rozwój, sprowadzamy się do roli bezmyślnych zwierząt. Bydła czy owiec, którymi sterują inni. Sami przyznacie, że w czasach telewizji, smartfonów i Internetu przesłanie powieści jest bardziej na czasie niż sześćdziesiąt lat temu, gdy powstawała.

Nie mógłbym nie pochwalić też roboty Macieja Raginiaka, który przełożył powieść na nasz język. Dawno już nie czytałem tak dobrze przetłumaczonej książki science fiction. Jego przekład podoba mi się bardziej niż poprzedni, dokonany przez Marka Wagnera.

Czy jest coś, co mi się w „Non stop” nie podoba? Dwie rzeczy. Pierwszy problem to kompletny brak humoru. Nie ma ani jednej scenki, która choć minimalnie rozładowywałaby napięcie i gęstą, mroczną atmosferę socjologicznego rozkładu. Choć z tym jeszcze da się żyć. Dużo gorsze jest to, że książka zdaje się urwana w połowie. No może większej połowie*********. Opowieść sprawia wrażenie niekompletnej. Niedokończone wątki poboczne zostają ucięte jak nożem, kilkoma wręcz zdaniami. I w niczym nie łagodzi tego wrażenia fakt, że książka nie mogła się skończyć inaczej, że takie zakończenie było logicznym efektem opowiadanego ciągu zdarzeń. Może byłoby inaczej, gdyby autor napisał kontynuację, nawet w formie opowiadania.

Moja ocena? 7/10. To bardzo dobra powieść science fiction. Pozbawiona technologicznego bełkotu, wciąż aktualna mimo sześćdziesięciu lat, które upłynęły od jej wydania. Gdyby nie to, że pozostawia wrażenie niekompletności, to dałbym jej przynajmniej dwa punkty więcej. „Non stop” jest warte przeczytania. Myślę nawet, że ze względu na przesłanie idealnie nadawałaby się na nienużącą młodego czytelnika lekturę szkolną.

Tytuł: Non stop
Autor: Brian Aldiss
Tłumaczenie: Maciej Raginiak
Wydawca: REBIS
Data wydania: 6.08.2019
Ilość stron: 296 (w tym kilka reklam)
ISBN: 978-83-8062-598-3

*Oprócz ludzkości nie zmienia się coś jeszcze. Wojna. Wojna się nigdy nie zmienia…
** Owszem, niby coraz bardziej otaczamy się skorupką cywilizacyjnej ogłady i kultury, ale ta skorupka jest zbudowana z haunoplastu, pęka, gdy tylko napotykamy jakiś poważniejszy problem. I wtedy wyłazi z nas zwierzę (albo bydlę – bo niektórzy potrafią się cofnąć aż tak daleko) takie samo, jakie wyłaziło z naszych przodków sto, tysiąc czy pięć tysięcy lat temu. Nie bez kozery mówi się, że tak długo człowiek będzie cywilizowany i kulturalny, jak długo będą konserwy w sklepach***.
*** Zwłaszcza gulasz angielski po 3,33 peelenów za konserwę przy kupnie trzech puszek. Z drugiej strony, gdy się widzi ogarniające ludzi na widok takiej promocji szaleństwo, to można dojść do wniosków, że cywilizacyjna skorupka już z nas opadła i żyjemy w czasach postapo. Smutne… Ale jakby nie było, ja kupić zdążyłem…
**** W końcu do inteligentnych ludzi to piszę, więc czemu byście się mieli nie domyślić.
***** O powietrzu wspominać nie muszę, bo to się wszędzie wepcha. Zwłaszcza gdy brzydko pachnie.
****** A jak się nie da, to dopiero zaczyna się prawdziwa rozrywka.
******* „Czarne” Kosmosy to najmocniejsze papierosy w historii ludzkości. Sowieci robili je z koncentratu nikotyny, suszonego blekotu, skrawków gumy, nasączonych ropą i smarami szmat, bibuły robionej z papieru toaletowego (z odzysku) oraz starych wydań gazet Komsomolskaja Prawda, Bezbożnik przy pracy i Krasnaja Zwiezda. Samo powąchanie takiego papierosa, niezapalonego, dostarczało wymaganej uzależnieniem dawki nikotyny ludziom, którzy w starych, „dobrych” czasach wypalali dziennie po trzy paczki „klubasów” tudzież innych Popularnych. Władze sowieckie zabroniły puszczania kółek z dymu przy paleniu „Czarnych” Kosmosów, gdyż takie kółko powodowało natychmiastową korozję wszelkich metali (nawet rtęci) w promieniu 10 metrów oraz mogło się przebić przez ceglany mur. Aha, „Czarne” Kosmosy różniły się od „Niebieskich” tym, że do tych drugich nie dodawano gumy, a szmaty nasączano benzyną. Tym samym nadawały się do palenia dla dzieci i kobiet w ciąży.
******** Bo nie ma nic gorszego niż sześciusetstronicowa kosmiczna wersja „Nad Niemnem”.
********* Znaczy nie wiem, jak u Was, ale u mnie na we wioscy są różne rodzaje połówek, w przeróżnym stopniu większości i mniejszości.